Jako że dbamy o kondycję w farmacji, nie boimy się sportowych wyzwań. Dlatego oprócz startu w tegorocznym biegu Business Run w Krakowie, czworo z nas poddało się jeszcze większej próbie – maratonie 4RestRun w Puszczy Niepołomickiej. Wszyscy dobiegliśmy do mety – zmęczeni i szczęśliwi.

Do udziału w niepołomickim maratonie zgłosili się FarmaPromianie z różnych działów firmy, m.in. sprzedaży, IT oraz obsługi klienta. Podstawowy skład zapowiadał się następująco: Stanisław Faber, Tomasz Stano, Bartłomiej Leśniak i Tomasz Armata. Jako rezerwowy zgłosił się Michał Pelczar. Ostatecznie, z uwagi na kontuzję, Tomasz Armata nie był w stanie pobiec, więc na jego miejsce wskoczył Pelczar.

W takim składzie spotkaliśmy się w niedzielę 17 września w Puszczy Niepołomickiej. Nasze hasło przewodnie brzmiało „Rakiety do mety”. Mieliśmy je nadrukowane na niebiesko-grafitowych koszulkach firmowych, które wykonaliśmy w pozytywnej krakowskiej firmie Runspiration. Podczas maratonu motywowała nas też obecność najbliższych i kibiców FarmaProm. Mimo że nie było łatwo, wszyscy dobiegliśmy do mety.

Jak będziemy wspominać to wydarzenie?

Stanisław Faber

Nie było lekko. Pogoda nie zachęcała do wyjścia z domu. Na szczęście na czas samych zawodów ktoś, kto zarządza deszczem ulitował się nad nami i rozpędził deszczowe chmury. Humory dopisywały wszystkim, a obecność kilku naszych kibiców dodatkowo motywowała. Działo się dużo. Ledwie skończyliśmy pozować przed naszym zakładowym mistrzem obiektywu, a już musiałem pędzić na linię startu. Trochę pazernie, by maksymalnie skrócić dystans, ustawiłem się na samym początku stawki zawodników. Po starcie od razu szybkie tempo – zupełnie inaczej niż miałem w planie. Po pierwszych kilkuset metrach wiedziałem już, że popełniłem błąd: na początku ustawiają się głównie ambitni biegacze, którzy nierzadko wyprzedzając w pełni animuszu potrafią poczęstować takiego „nibysportowca” jak ja, łokciem lub niespodziewanie zabiegając drogę. Nieco zaskoczony wysokim poziomem sportowym biegu postanowiłem ciut zwolnić. W takim tempie, jak przez pierwsze metry, może dobiegłbym maksymalnie do trzeciego kilometra. Gdy emocje ze startu już opadły, przez cały pozostały dystans starałem się utrzymywać swoje równe, stałe tempo. Trasa jak dla mnie była bardzo fajnie ułożona, praktycznie pozbawiona większych przewyższeń. Biegło się całkiem przyjemnie. Najtrudniejsze i najbardziej drażniące były momenty, kiedy to mając już coraz mniej sił, byłem wyprzedzany przez najlepszych zawodników z kolejnych grup. Człowiek stara się, biegnie na ile tylko kondycja mu pozwala, a tu nagle, bez uprzedzenia przemyka obok grupka wyżyłowanych sportowców. Kryzys dopadł mnie na wysokości dziewiątego kilometra. Wtedy postanowiłem odrobinę przyspieszyć. „A co mi tam” – pomyślałem – „…jakoś do mety się przecież doczołgam”. Moją ambicję dodatkowo podrażnił jakiś przypadkowy biegacz, który właśnie wtedy postanowił, że będzie biec przede mną. Nawiązała się mała rywalizacja, w której co kilkaset metrów wzajemnie się wyprzedzaliśmy. Na szczęście przed ostatnią prostą facet odpuścił i dobiegłem przed nim. Doping naszych kibiców pomógł uwolnić jeszcze dodatkowe siły, dzięki czemu na metę wpadłem z prędkością pędzącego oposa. Teraz pozostało już tylko skupić się na tym by utrzymać się na nogach, bo pewnie o własnych siłach już mógłbym się nie podnieść. Po kilku głębszych wdechach, uspokojeniu emocji i odebraniu medalu, postanowiłem czym prędzej odnaleźć naszych kibiców i dołączyć do wsparcia dla „Leśnego”, „Berta” oraz „Pelcziego”. Doping nie ustawał. Wspieraliśmy naszych na ostatnich metrach. Bartek finiszował z wrodzonym spokojem. Wyglądał jakby chciał zapytać: dlaczego to już  koniec? Michał z kolei, z typowym dla siebie uśmiechem od ucha do ucha, niemal w podskokach, pędził ku mecie. Dalej mijają kolejne minuty, następni zawodnicy wbiegają na metę, ale.. gdzie jest Bert, co się stało? Niepokój narastał z każdą sekundą. Zaczęliśmy się denerwować. Na szczęście po kilku minutach wyłoniła się z zza zakrętu postać faceta w pomarańczowych rękawkach. Jest! Hurra! Ale.. co to? Utyka. Hart ducha i sportowa ambicja nie pozwoliła mu się poddać. Pomimo kontuzji, dzięki swej wytrwałości, Bert dotarł do mety. Dzięki jego heroicznej walce nasz występ mógł zostać sklasyfikowany. Wycieńczeni, obolali ale szczęśliwi, w komplecie dotarliśmy do mety! Każdy z nas odniósł swój mały sukces przełamując własne słabości na tej ponad dziesięciokilometrowej trasie.

Michał Pelczar

Budzę się około godziny ósmej, bo słyszę, że ktoś dzwoni. W głowie wciąż czuję jeszcze sobotnie harce, lecz patrzę w smartfona, a tam Tomasz Stano. Odbieram. Pyta się mnie, gdzie jestem, bo trzeba biegać!? Uspokoiłem go, że biegamy dopiero od godz. 12, ale był jak byk w klatce przed zawodami. Rzucał się, miotał. Zapewniłem go, że będę. Wybrałem najlepsze sportowe ciuchy, by jakoś speszyć konkurencje i wystraszyć ich odzieżą. Żona przygotowała rewelacyjne śniadanie, po którym nabrałem sił i ducha walki. W drogę, jedziemy! Sportowa atmosfera udzielała się z każdą minutą, zaczęła wyzwalać się adrenalina. Dotarliśmy na miejsce bez przeszkód. Przychodzę na miejsce spotkania, a tam są ludzie od zawodów, rodziny i jeden wierny kibic – nasz programista Miłosz Sotomski. Atmosfera całego biegu jak i w naszym teamie była przednia. Nie daliśmy się zwieść odzieży sportowej naszych przeciwników, bo szybko przebrałem się w ciuchy sponsora (naszego FarmaProm). Od razu pojawiła się pewność siebie. Wtedy wiedziałem, że jestem gotów do biegu, idziemy na rozgrzewkę! Czekając na naszego zawsze spóźnionego Bartłomieja, rozgrzewaliśmy się poza miejscem rozgrzewki (to był też nasz patent żeby nikt nie widział o naszych dodatkowych umiejętnościach i predyspozycjach – świadczą o tym nasze wyniki).

Nagle słychać strzał, Stanisław biegnie pierwszy, było dogodnie patrzeć jak przebiega pierwsze 500 metrów i już byłem pewien, jego nie dogonię, bo biegł jak łania po łące. Następny Bartosz. Obserwowaliśmy go, ale był bardzo skupiony na biegu i zachowywał się jakby doping mu nie przeszkadzał, a zarazem nie pomagał, był jak bryza. Kolejny wystartował nasz czarny koń Tomasz Stano zwany „Bertem”. Był jak dzik, rozpędzony, zadowolony, uśmiechnięty.

Jako czwartym biegłem ja. Myślałem sobie: chłodna głowa i najważniejsze pierwsze 3 km przebiec 6 km/h, a następnie już jakoś pójdzie. Wtedy w słuchawkach usłyszałem, że mam słaby czas, motyla noga! Na Businessrun w 2016 roku miałem lepszy, więc zamieliłem nogami w miejscu, zmienił się akurat utwór na Sławomir – Miłość w Zakopanem i  wystartowałem, jakby ponownie. Dalej już biegłem jak Młody Bóg. Niestety, straty dwóch minut do Stanisława nie udało się odrobić.  W połowie biegu udało mi się dogonić Berta, który był mocno osłabiony przez odnowioną kontuzję. Jednak dowiódł, że ból jest w głowie, nie w nogach i wytrwał. Pomimo kontuzji przy 5 km, przebiegł kolejne 5,5 nie odstając od nas.

Super, że całą czwórką przebiegliśmy maraton. Serdecznie dziękuję sponsorom za opłacenie pakietu startowego, w dalszej kolejności za doping i wsparcie, w tym FarmaPromianom m.in. Miłoszowi, Ani Riess. Na koniec chciałbym podziękować drużynie i powiedzieć „Fajnie tu być”. Szczególne podziękowania dla Stanisława, który z uporem i determinacją doprowadził do kolejnej fajnej akcji biegu – Staszek, brawo!

Bartłomiej Leśniak

4RestRun stawia na miejsce i klimat. Bieganie w lesie ma zdecydowanie więcej zalet niż bieg w mieście. Drużynowy format zawodów sprawia, że nikt z nas nie biegnie sam, bo pracujemy na wspólny wynik. Co do mojego czasu, nie spełniłem swojego założenia, czyli czasu poniżej 1h, ale trzeba więcej trenować, żeby oczekiwać lepszych rezultatów. Bieganie jest aktywnością, która nagradza pracowitość i systematyczność. Ból szybko mija, a zyskiem jest lepsze zdrowie na lata. Najfajniejszym aspektem imprezy było pojawienie się kibiców z FarmaProm, którzy wspierali nas, mimo deszczowej pogody i pewnej odległości od Krakowa.

Tomek Stano

Było ciężko. Na początku pełna euforia ponieważ bieg oraz ekipa wydawała się naprawdę super. Nie pomyliłem się! Ale faktycznie plany uzyskania dobrego czasu legły w gruzach, bo w połowie biegu odezwała się stara kontuzja… Mimo tego udało się. Dobiegłem. Cała ekipa ukończyła wyzwanie i jestem mega szczęśliwy, a noga… trochę poboli, lecz przestanie – następnym razem będzie lepiej.