Mamy nadzieję, że akcja FarmaFit zainspirowała Was do ruchu i zdrowego jedzenia. Na pewno odniosła taki skutek w naszej firmie, czego efektem są spotkania z dietetyczką, trenerem personalnym, czy wewnętrzny konkurs na zdrowe przekąski. A to nie koniec naszych aktywności.

W najbliższą niedzielę (4 września) drużyna FarmaProm wystartuje w Kraków Business Run. Pobiegniemy dla Agnieszki i Rafała – podopiecznych Fundacji Jaśka Meli Poza Horyzonty.

Na zakończenie, dla tych z Was, którzy już biegają – albo chcą zacząć biegać – mamy inspirujący wywiad z niezwykłą kobietą, biegaczką ultramaratonów – Ewą Trzetrzelewską-Lalik. Miłej lektury!

 

ewa trzetrzelewska lalik biegi

Ewa Trzetrzelewska-Lalik: szczęśliwa żona i mama trójki dzieci (Cypriana, Poli i Tytusa). Miłośniczka podróży, aktywnego trybu życia i wyzwań (zawodowych, naukowych i sportowych). Patrzy na życie przez różowe okulary. Uwielbia ultramaratony, żeglarstwo i kawę. Ma świra na punkcie psów, często popiskuje na ich widok. Czasami sprzeczna: kocha ludzi, ale setki kilometrów przemierza w towarzystwie Muzyki (Posokowca Bawarskiego). Jej ulubione motto to słowa Harlana Coben`a, z książki pt: „W głębi lasu” – „Nie mów mi, że niebo jest granicą, skoro są ślady stóp na księżycu”.

Od czego zaczęła się Twoja przygoda z bieganiem?

Sport od zawsze był bardzo mocno wpisany w moje życie. Dawniej uprawiałam piłkę ręczną, później wspinaczkę. To czasochłonne zajęcia, a kiedy pojawiły się dzieci miałam jeszcze mniej czasu na wspinanie. Dlatego zaczęłam się zastanawiać, co by tutaj robić i… poszłam biegać. Stwierdziłam, że sprawia mi to frajdę, mogę to robić w deszczu, a nawet nocą, bo wtedy ubieram czołówkę. W ten sposób też przełamuję swoje bariery.

A skąd wziął się pomysł na ultramaratony?

Zaczęło się trzy lata temu. Czytałam artykuł o jednym z najtrudniejszych ultramaratonów wokół Mount Blanc. Jako że jestem niepoprawną optymistką, bardzo spodobały mi się te informacje. Pewnego dnia, mąż zapytał mnie, co zrobię jak będę miała 40-stkę. Będąc świeżo po lekturze artykułu, wymyśliłam, że przebiegnę dookoła Mount Blanc. On – twardo stąpający po ziemi – odparł żebym na początek przebiegła chociażby maraton. Stwierdziłam: czemu nie!? Tak zrobiłam.

Jak wyglądały przygotowania do pierwszego maratonu?

Mieszkam w sąsiedztwie dolinek podkrakowskich, więc warunki do uprawiania sportów są świetne. Trenuje tam sporo ludzi i w ten sposób poznałam pewnego starszego pana. Namówił mnie do udziału w zawodach. Jako że znałam swój organizm, wiedziałam, że nie jestem typem harta, lecz wytrzymałościowca. Właśnie dlatego pierwszy mój bieg na orientację odbył się z psem. Mimo że dystans wynosił 40 kilometrów, zrobiłam chyba z 60, bo się pogubiłam. Mój błąd: nie przeczytałam regulaminu. Myślałam: bieg to bieg. Biegnę za wszystkimi i tyle. Po takim dystansie pies miał dość, ja – zakwasy. A miał to być tylko trening przed Maratonem Krakowskim, w którym miałam startować tydzień później.

Pobiegłaś?

Tak. Sam maraton krakowski był już świetny. Początkowo wydawało mi się, że nie dam rady, byłam obolała, miałam zakwasy. Uratowało mnie jednak przypadkowe spotkanie z Waldkiem Skarżyńskim (były mistrz Polski w maratonach). Doradził mi, abym przebiegła najwolniej, jak potrafię. To była bardzo cenna rada. Ukończenie maratonu sprawiło mi dużą radość, zakwasy zniknęły.

Mimo takich pozytywnych emocji, biegi uliczne Cię nie wciągnęły.

Maraton krakowski był dla mnie ciekawym doświadczeniem socjalnym pod kątem biegów ulicznych, bo jestem samotnikiem i biegam sama, a taki spęd ludzi do tej pory mnie przerażał. Ale okazało się to fajnym doświadczeniem. Nie wiedziałam natomiast, czy biegi uliczne to jest to, co mnie kręci. Od koleżanki dowiedziałam się o ultramaratonach górskich. Spróbowałam się w biegu na 54 km. Dałam radę. Jak na pierwszy raz całkiem nieźle mi poszło. Później stopniowo wydłużałam sobie dystans.

Jak często bierzesz udział w zawodach?

Ze względu na obowiązki rodzinne i pracę zawodową nie mogę brać udziału w zawodach co tydzień, więc wybieram sobie do czterech zawodów w roku, stopniując swoje przebiegi. Drugi bieg, jaki ukończyłam, liczył 66 km, później szarpnęłam się na 170 km. Mega ciekawe doświadczenie, udało się pomimo tego, że to był mój pierwszy rok biegania. Stwierdziłam, że dłuższe dystanse są dla mnie fajne, a deklaracja startu jest znakomitą motywacją. Np. to, że za trzy miesiące mamy bieg, musimy pamiętać, aby się przygotować.

ewa trzetrzelewska biegaczka

A co z Twoim marzeniem i deklaracją złożoną mężowi dotyczącą biegu dookoła Mount Blanc?

Aby zrealizować cel muszę zbierać punkty, trzeba być aktywnym, nie ma przelewek, bo to jest 165 km i ponad 10 000 m przewieszenia. Chcąc się zapisać, należy mieć 9 punktów w trzech różnych biegach. Punkty są ważne przez dwa lata. Punktowane są biegi długodystansowe, np. za 100 km otrzymujesz 3 punkty, za 170 4 punkty, zaś krótsze po 60, 50 km to 1 punkt. Ja, choć mam wystarczającą liczbę, wciąż czekam na informację kiedy wystartuję, bo jest bardzo dużo chętnych. Dlatego uczestnicy są losowani. Być może za rok się uda. Jeśli nie, to za dwa lata na pewno.

Czy bieg dookoła Mount Blanc to Twoje jedyne marzenie jako sportowca biegacza?

Wiesz, jedna dyscyplina pociąga drugą… tak jest też ze mną. Moim kolejnym marzeniem jest triathlon. Raz spróbowałam – super zabawa. Wystartowałam na krótkim, jak dla mnie, dystansie i czuję chęć zrobić coś mocniejszego. W perspektywie przyszłego roku chciałbym spróbować się w triatlonie HardaSuka. Moje najsłabsze ogniwo to rower, więc zaczęłam intensywne treningi i nie spodziewałam się, że po czterdziestce moim marzeniem będzie zakup roweru szosowego.

Po co to wszystko?

Kiedy biegniesz, walczysz ze sobą, czy zejść z trasy, czy biec dalej. Ale kiedy już dobiegasz do mety, nie ma opcji, żeby się nie zapisać na kolejny wyścig. Mimo że wiesz, co cię czeka. Bieganie to magiczni ludzie. W ultramaratonach świetne jest to, że jak się jedzie, to jedzie się na dłużej. To nie są biegi uliczne, gdzie przyjeżdżamy, biegniemy i już. Ukończony bieg jest celebrowany. Jest okazja, żeby się spotkać z tymi ludźmi, porozmawiać. Pamiętam, gdy pierwszy raz pojechałam na ultramaraton, zobaczyłam tych wszystkich ludzi, wydało mi się to nierealne. Myślałam: co ja tutaj robię? – nikogo nie znałam, byłam zupełnie sama, ale już na kolejnych biegach było coraz lepiej, pojawiały się te same twarze, tworzyły się fajne relacje.

A o co trzeba zadbać po przebiegnięciu długiego dystansu?

W długodystansowym bieganiu najważniejsze jest głowa, dobre przygotowanie się, odżywianie na trasie. Dyspozycja fizyczna to jakieś 40%. Po takim biegu ważne jest odpowiednie odżywianie oraz sen. No i czasem trzeba się przełamać, wyjść na krótką przebieżkę, bo krew zaczyna szybciej krążyć. Kąpiele solankowe, jakaś sauna. Ja po biegu często jestem tak zmęczona, że nie mogę spać. Reorganizacja organizmu u każdego trwa różnie. Z doświadczenia wiem, że nie ma reguły. Organizm rządzi się swoimi prawami. Trzeba go słuchać. Czasem musimy odpuścić, znając swoje własne granice. Fajnie, jeśli mamy w sobie lampkę ostrzegawczą i dobrze z niej skorzystać. Bieg na 165 km Szlakiem Orlich Gniazd z Krakowa do Częstochowy był dla mnie ważną lekcją pokory. Pogoda była niesprzyjająca. Zaczynaliśmy biec nocą w mgle. Miałam na głowie czołówkę, która padła drugiej nocy. Byłam słabo przygotowana, skoncentrowana na pracy, a nie na biegu. Pogubiłam się. Napierałam przez dwie godziny nie w tą stronę, w którą trzeba – nie po trasie. Później spadło morale, wyziębiłam organizm, bo padał deszcz. W pewnym momencie się wycofałam – na 130 kilometrze. Wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię przypłacę zdrowiem, a nie mogłam sobie na to pozwolić. Źle się przygotowałam. Ale wnioski wyciągnęłam.

Czy w bieganiu ważny jest sprzęt?

Dla mnie najważniejsze są buty. Jeśli je źle dobierzemy, będziemy mieć obtarcia, pęcherze. Pamiętam, że jak wybrałam się na 170 km, nie mając odpowiednich butów każdy krok sprawiał mi ogromy ból. Jeśli chodzi o inny sprzęt, to do biegania w pobliżu domu wystarczą: wygodne spodenki, koszulka, itp. Do biegania długodystansowego, górskiego, bardzo istotny sprzęt, to plecak z camelbackiem. Jeśli są to biegi wielogodzinne, gdzie biegnie się nocą, to także latarka-czołówka. Teraz szarpnęłam się na dystans 240 km, startujesz nocą, kolejną też zaliczysz. Dlatego taka latarka może Ci pomóc.

A co w Twoim życiu zmienił sport?

Sport to dla mnie świetny rodzaj higieny psychicznej. Niektórzy lubią pomedytować, ja medytuję mając długotrwały wysiłek. Odkryłam niedawno, że to fajny „real life”, bez masek. Wszędzie w domu, w pracy, nawet będąc rodzicem, czasami trzeba przybierać różne maski, ciężko komuś powiedzieć coś wprost, np. jeśli to jest Twój szef. Taki sport obnaża wszystko, nie przycwaniakujesz, nie masz siły, nie dasz rady. Dla mnie to praca nad sobą, nad swoimi słabościami, dająca mega satysfakcję. Jeśli coś się uda albo jeśli nie uda, uczysz się pokory. Rozwijają się też zdolności zarządzania swoim czasem. Mając rodzinę i pracę zawodową, trzeba to jakoś poukładać. Zawsze miałam problem z takimi rzeczami, teraz udaje mi się to realizować. To wszystko jest w nas. Jeśli chcemy coś zrobić, tak to poukładamy, że damy radę. Gdy mam godzinę, biegnę godzinę, a jeśli mogę, trenuję 5 godzin. Sport uczy myślenia strategicznego. Dzięki temu lepiej odnalazłam się w obowiązkach zawodowych. Poprawiła mi się wydajność fizyczna i psychiczna. Mając odpowiednie nastawienie, ogarniesz każdy dystans. Mi bieganie bardzo mocno pomogło zdrowotnie. Jestem astmatykiem. Okres letni to dla mnie najtrudniejszy czas. Leczyłam się przez wiele lat, brałam lekarstwa, ale intensywne bieganie spowodowało taką świetną wydolność, że mam bardzo mocno złagodzone objawy astmy. W tamtym roku robiłam spirometrię. Moja pani doktor, lecząca mnie od siedmiu lat, przyglądając się wynikom badań, dzwoniła do szpitala, aby je powtórzyć, bo myślała, że pielęgniarki się pomyliły. Ale nie pomyliły się.

Jak zmieniły się Twoje nawyki żywieniowe od kiedy zaczęłaś intensywnie uprawiać sport?

Z wykształcenia jestem żywieniowcem. Od lat pracuję w branży. Dlatego miałam wrażenie, że dobrze się odżywiam, lecz kiedy zaczął się większy wysiłek fizyczny, zobaczyłam, że wcale tak nie jest. Półtora roku temu w biegu na 100 km zeszłam z trasy, bo byłam zbyt słaba, aby kontynuować wyścig. Nie była to dyspozycja dnia, gdyż robiłam sobie badania. W czasie biegu czuję się dobrze, a po powrocie, dosłownie jak po piwie dopadają mnie zawroty głowy. Okazało się, że mam anemię ukrytą. Nie wyszło to w zwykłych badaniach krwi. Dopiero badanie ferrytyny wykazało, że jest nie tak, jak być powinno. Jako że nie jem mięsa, nie dostarczam odpowiedniej ilości mikroelementów. Musiałam więc suplementować żelazo. To spowodowało, że zmieniłam dietę. Zaczęłam dostarczać więcej składników odżywczych. Trzeba pamiętać o regularności posiłków. Jaką energię z siebie wydatkujemy, taką powinniśmy przyjąć. Nawadnianie – płyny dla organizmu – regularne dostarczanie wody jest bardzo ważne. Pamiętajmy, że szybkie wypicie butelki wody nie nawadnia go tak, jak chcielibyśmy, bo ta woda przez nas po prostu przelatuje, a tylko nieduża część jest przyswajana. Chodzi o powolne spożywanie napojów. Mój nałóg to kawa. Niestety, ona nas odwadnia. Zielona herbata podobnie, bo zawiera związki alkalidowe, które nas wypłukują, bo są moczopędne.

Ewa, dziękujemy za wywiad i życzymy powodzenia w bieganiu!